Autor:John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość Stron: 304
Ocena: 7,5/10
Ja nie chcę się wychylać, bo jak zaczynasz latać wyżej niż inni, to zaraz cię ustrzelą.Pierwsza recenzja na tym blogu będzie dość brawurowa. Czemu? Ponieważ właśnie będę mówić odrobinkę negatywnie o popularnym amerykańskim pisarzu, który zasłynął z kultowej powieści Gwiazd Naszych Wina. Cóż, temu kto raz przeczytał jakąkolwiek książkę tego autora nie muszę polecać. Jednak temu kto dopiero ma ochotę zacząć przygodę z Greenem, polecam zacząć od innej jego powieści.
Głównym bohaterem tej książki jest nastoletni Colin Singleton. Jednak nie jest on zwykłym nastolatkiem. Chodź, ci którzy mieli już do czynienia z Greenem, wiedzą, że w jego opowieściach nigdy nie występuje określenie 'zwykły nastolatek'. Jedni znają ostatnie słowa wypowiadane przez sławne osobistości przed śmiercią, a jeszcze inni chodzą z papierosem w ustach, przy okazji go nie zapalając. Colin jest cudownym dzieckiem, które chciałoby zostać geniuszem. A jego charakterystyczną cechą jest to, że uwielbia tworzyć anagramy. Dla niego to bułka z masłem. Codziennie czyta po czterysta stron mądrych książek, zna kilka języków oraz wie wszystko o wszystkich. Jednak pierwsze czego dowiadujemy się o Colinie jest to, że umawia się tylko z dziewczynami o imieniu Katherine. I właśnie to czyni tę książkę wyjątkową - nawet w twórczości Pana Greena. Otóż praktycznie zawsze tylko one były nim zachwycone i to one w wyjątkowo zachwycający sposób z nim zrywały. Gdy już 19 związek Colina z dziewczyną o imieniu Katherine się kończy, chłopak popada w rozpacz. Na genialny pomysł wyprawy która ma polepszyć bohaterowi humor, wypada jego przyjaciel Hassan- wielbiciel reality show Sędzia Judy. Wspólnie wyruszają w podróż po Ameryce.
Jednym zabawnym faktem, który najbardziej mnie rozbawił w tej książce jest fakt, że Colin próbuje wszystko wyjaśnić matematycznie i logicznie. Nawet miłość. Chłopak próbuje stworzyć wzór matematyczny, dzięki któremu będzie można przewidzieć długość danego związku. Czyli tak zwany
****.
Uważam, że Bóg ma w nosie to, czy ktoś kupi sobie psa albo czy kobieta ubiera szorty. Za to nie ma w nosie, czy ktoś jest dobrym człowiekiem.
A teraz o moich odczuciach względem tej książki.
Myślę, że wiele osób wyrywało sobie włosy z głowy czytając tą powieść. Tak samo jak ja. Szczerze mówiąc bardzo, ale to bardzo zlewała mi się z Papierowymi Miastami. A już szczególnie w momencie w którym wyruszył w podróż, może to jedyna rzecz która tak naprawdę jest w jakiś sposób powiązana z powieścią wymienią wyżej, ale mi to strasznie doskwierało i nie mogłam się pozbyć uczucia niechęci. Główny bohater jest dosyć mocny. Niektórym na pewno do gustu nie przypadła egoistyczna, logistyczna i cierpka postać Colina, ale żeby aż tak, aby wyrywać każdą stronę na której on się znajduje? Bezsensu, musieli byśmy pozbawić ich cały egzemplarz.
Także moim zdaniem jest on do przyjęcia. Poza tym jest to bohater dynamiczny, wraz z rozwojem akcji i on sam się rozwija. Więc możemy oczekiwać, iż w jakimś procencie się zmieni. Książka momentami zabawna, jednak w większości motywuje nas do myślenia nad swoim życiem. Jak tak naprawdę patrzymy na osobę którą kochamy? Czy to my dajemy jej prawdziwą miłość, czy ona nam? Takie pytania powinny się wam nasunąć, kiedy będziecie przekręcać strony tej powieści. Mi czytało się przyjemnie, pomimo tych mieszanych uczuć, całkiem szybko. Zajęło mi to dwa dni i jestem z tego dumna, ponieważ myślałam, że będę dłużej przeżywać powieść Greena. Cóż trochę się przeliczyłam tak samo jak w przypadku Gwiazd Naszych Wina. Ale o tym innym razem.
Powieść ta jest bardzo pouczająca. W sumie to nic nowego, każda książka Johna Greena ma nam przekazywać jakiś morał, naukę dzięki której mamy inaczej spojrzeć na świat. Musimy przyznać, że jest w tym zadziwiająco dobry, można powiedzieć, że to czyni go niezwykłym pisarzem. Bo prawda jest taka, iż niewiele autorów dociera do tak ogromnej ilości nastolatków w tak bardzo specyficzny sposób. 19 Razy Katherine to opowieść o próbie znalezienia sensu życia, o szukaniu siebie oraz odpowiedzi na pytanie; jak to jest z tą miłością?
Przeszłość [...] to logiczna opowieść. To sens tego, co się stało. A ponieważ przyszłość nie jest jeszcze zapamiętana, wcale nie musi mieć żadnego pierdzielonego sensu.Mia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz